Stała wyprostowana
Na jej twarzy
malował się triumfalny uśmiech.
Wiedziała,
że wygrała tą walkę.
Kiedyś
szukałam wszędzie
twego wzroku.
Dziś
unikam go,
jak ognia.
Nieśmiałe serce,
nie wie jak to powiedzieć,
więc siedzi w klatce,
milczy,
płacze
i czeka.
Do herbaty
tynk z sufitu sypie się,
na kaloryferze
leży czekolada
i topi się.
A ja siedze
i uczę się na własnych błędach.
Twoje milczenie
jest jakby żmija ugryzła mnie w rękę
i w środku rany zostawiła jad.
Tyle, że Ty
zostawiasz mi zdjęcie,
kilka wspomnień
i ból w sercu,
za kazdym razem,
gdy myślę o Tobie.
Siedzę na małej wyspie,
w morzu łez,
które sama wylałam.
Puszczam statki ze starych kartek,
które znalazłam w szufladzie biurka.
Morze z każdą chwilą powiększa się,
pogłębia,
aż w końcu zalewa również mnie.
Dobrze wiem,
że to już koniec.
Na około leżą białe pióra,
Rozrzucone przez wiatr.
Na parkowej ławce
Siedzi anioł.
Ma białą szatę,
a na nogach trampki.
Chciałby polecieć,
ale nie może,
bo ktoś złamał mu skrzydło.

Stoję wyprostowana,
Wbijam wzrok w deski podłogi,
Całe zalane krwią.
Owinięta drutem kolczastym,
Stoję tak i czekam,
Na cud.